a zwłaszcza przez utrzymywanie dobrych stosunków z regionalnymi sztabami ChAL-W. .
- Wiesz co? Spotkajmy się w twoim sklepie, dobra? Tylko ty i ja. Powiedzmy koło pierwszej. Trawkę włóż do jednej z tych toreb, w które pakujesz pączki. Co ty na to?. - Te diamenty - warknął Odęli - gdzie są, do cholery?. - Dlatego już dawno temu zdecydowałam nie przejmować się dobrem i złem.. - Tak jest - potwierdził. - Zawiozłem go do hotelu Blackwooda w Marylebone. Istotnie, podrzucił Quinna pod same schodki prowadzące do hotelu, o dwunastej czterdzieści. Obaj nie zwrócili uwagi na czarną limuzynę, która stanęła za nimi. Quinn zapłacił za kurs i wszedł po stopniach. Londyński biznesmen w ciemnym garniturze znalazł się tuż za nim. W tym samym momencie stanęli przy obrotowych drzwiach. Powstała kwestia, kto ma pierwszy wejść. Oczy Quinna zwęziły się na widok mężczyzny obok. Biznesmen przelicytował go.. - Strasznieście śmiali - warknął Kozojed. - Obaczym, czy wam śmiałości starczy, gdy moi z Hołopola nadciągną, a tylko ich patrzeć. Zoba... Yarpen, wykręcając się z nieoczekiwaną przy swej posturze zwinnością, łupnął go toporzyskiem przez łeb. Stojący obok Niszczuka poprawił kopniakiem. Kozojed przeleciał kilka sążni i zarył nosem w trawę. - Popamiętacie! - wrzasnął na czworakach. - Wszystkich was... - Chłopaki! - ryknął Yarpen Zigrin. - W rzyć szewca, dratwa jego mać! Łap go, Niszczuka! Kozojed nie czekał. Zerwał się i kłusem pognał w stronę wschodniego kanionu. Za nim chyłkiem pobiegli hołopolscy tropiciele. Krasnoludy, rechocząc, ciskały za nimi kamieniami. - Od razu jakoś powietrze poświeżało - zaśmiał się Yarpen. - No, Boholt, bierzemy się za smoka. - Pomału - podniosła rękę Yennefer. - Brać, to możecie, ale nogi. Za pas. Wszyscy, jak tu stoicie. - Że jak? - Boholt zgarbił się, a oczy rozbłysły mu złowrogim blaskiem. - Co powiadacie, jaśnie wielmożna pani wiedźmo? - Wynoście się stąd w ślad za szewcem - powtórzyła Yennefer. - Wszyscy. Sama sobie poradzę ze smokiem. Bronią niekonwencjonalną. A na odchodnym możecie mi podziękować. Gdyby nie ja, pokosztowalibyście wiedźmińskiego miecza. No, już, prędziutko, Boholt, zanim się zdenerwuję. Ostrzegam, znam zaklęcie, za pomocą którego mogę porobić z was wałachów. Wystarczy, że ruszę ręką. - No nie - wycedził Boholt - moja cierpliwość sięgnęła granic możliwości. Nie dam robić z siebie głupka. Zdzieblarz, odczep no dyszel od wozu. Czuję, że i mnie potrzebna będzie broń niekonwencjonalna. Zaraz ktoś tu oberwie po krzyżu, proszę waszmości. Nie będę wskazywać palcem, ale zaraz oberwie po krzyżu pewna paskudna wiedźma. - Spróbuj tylko, Boholt. Uprzyjemnisz mi dzień..